14 maja 2017

Rozdział 42




Długo nie mogła dojść do siebie po tym przypadkowym spotkaniu w Hyde Parku, ale jednocześnie w ten masochistyczny sposób pragnęła kolejnego spotkania, tylko po to, by przekonać się, że Lucas nie jest jej obojętny.
Kolejne dni sprowadziły na nią gonitwę myśli i niepokój, który towarzyszył jej za każdym razem, gdy gdzieś wychodziła. Wciąż pamiętała o tym, co ją spotkało w parku. Widziała dokładnie, że dwóch mężczyzn śledziło niemal każdy jej krok. Zapamiętała każdy ich szczegół, toteż bez trudu rozpoznała ich, gdy umknęli przed nią, gdy wchodziła ponownie do parku. To nie mógł być przypadek, wiedziała o tym, ale powstrzymywała się, by ich odnaleźć. Bała się, więc szybko zawróciła do domu. I nawet jeśli służący był zdziwiony jej zachowaniem, to nic nie powiedział. Pokornie spacerował za nią, bez jakiegokolwiek zainteresowania wpatrując się w niebo i okolicę.
Hope natomiast była cała spięta, aż zaczęła drżeć od tego, ale dzielnie dotarła do domu, w którym poczuła się bezpiecznie. Odetchnęła z ulgą i ukryła się w pokoju, aby zapisać ostatnie myśli i to, co wydarzyło się przed chwilą.

Brakuje mi Lucasa. Nie powinnam za nim tęsknić, przecież tyle razy pisałam, że mnie zranił, ale nie mogę powstrzymać serca, które tak ciągle galopuje w jego stronę. Jaka ja jestem głupia. Trudno jednak inaczej reagować na człowieka, który bardzo szybko zajął specjalne miejsce w moim życiu. Ujął mnie swą złożoną naturą, twardym charakterem i szczerością, które inne panie oburzałaby za każdym razem, lecz dla mnie jest świadectwem na to, że ten człowiek jest... prawdziwy? Nie umie kłamać, taki szczery człowiek to prawdziwa rzadkość. Ujął mnie też tym, że jest taki dobry dla zwierząt, jak kocha konie... Czy człowiek o złym sercu może odnosić się do koni z taką miłością i delikatnością?
(...)
Dziś znów mnie śledziło tych dwóch mężczyzn. Nie wiem, o co chodzi, ale jestem przerażona. Ostatnio ciągle ich widuję i chyba nawet nie kryją się z tym specjalnie. Chcą chyba, żebym wiedziała, że jestem śledzona. Kto ich nasłał? Czyżby ten paskudny Westburn? Nie zrezygnował najwidoczniej, jest uparty i działa z ukrycia, skoro od tak dawna go nie widziałam. Poczułam się bezpieczna, a on postanowił o sobie przypomnieć... Nienawidzę tego człowieka i chociaż nigdy nie gardziłam życiem, które ktoś otrzymał od Boga, tym razem liczę, że on... Że on po prostu zniknie, bo nie uwolnię się od niego w żaden sposób.

Odłożyła pióro i westchnęła. Zamknęła pamiętnik i odeszła od sekretarzyka. Wiedziała, że nikt nie zajrzy do niego, ufała służącym, Faith również nie grzebała w jej rzeczach, a księstwo nie interesowało się ich chwilami samotności i tego, co robiły wtedy. Zwykły notatnik, który nie tak dawno wzięła od Reaburna zapełniony został już prawie w całości. Musiała poprosić o następny, chociaż nie wiedziała, czy nie wzbudzi tym pytań. W końcu w tak krótkim czasie potrafiła zapisać tak wiele kartek.
Zeszła na dół, a kiedy weszła do biblioteki stanęła oko w oko z Lucasem. Myślała o nim, a teraz zmaterializował się tuż przed nią. Wstrzymała oddech, patrząc na mężczyznę, który wciąż znaczył dla niej tak wiele. Brązowe oczy księcia wbijały się w nią z łagodną troską. Czuła jego ciepłe ciało, jakby stał bardzo blisko niej. Miał lekki zarost, nie golił się od kilku dni; wyglądał na zmęczonego, znużonego życiem.
- Lucas... - szepnęła cicho, starając się schować w głosie zachwyt i troskę. Nie wiedziała, że przyszedł, bo oczywiście nie pojawiłaby się wtedy w gabinecie Gabriela.
Serce tłukło się boleśnie w piersi, wyrywało się do niego. I nie mogła zaprzeczyć, że nie zrobił na niej żadnego wrażenia. Zrobił. A ona nie umiała przestać myśleć o tym, jak przystojny był i jak bardzo za nim tęskniła. To było głupie, ale taka była prawda. Nic nie mogła na to poradzić, ponieważ tak wyglądała miłość. Była głupia i niewiele zachowań było logicznych, ale to uczucie potrafiło zaślepić każdego człowieka.
- Dzień dobry, Hope. Jak się miewasz? - zapytał Lucas, a dziewczyna poczuła jak zasycha jej w gardle, nogi ugięły się lekko pod nią.
- Dziękuję, dobrze. A Ty?
Książę skrzywił się lekko, co oczywiście nie było dla niej zrozumiałe, ale nie wyglądał na złego. Minę miał zmieszaną i niepewną, jakby nie mógł się zdecydować, co Hope powinna usłyszeć.
- Raz gorzej, raz lepiej. Zależy od dnia – mruknął tylko, a Hope zdała sobie sprawę, że stoi w drzwiach i wpatruje się rozmarzonym wzrokiem w księcia. Ocknęła się z tego dziwnego stanu i odsunęła na bok, aby Lucas przeszedł, ale to on wpuścił ją do środka, dłonią wskazują środek gabinetu. - Wejdź, Hope. Ja już wychodzę.
- Już? - zapytała, a potem potrząsnęła głową. - Tak, dobrze. Dziękuję – odpowiedziała i wmaszerowała do pokoju z podniesioną głową, jakby dopiero teraz przypomniała sobie, że przecież miała być wściekła na Lucasa, miała być dla niego przykra i nieprzyjemna.
- Miłego dnia, Hope – wymruczał pożegnanie i wyszedł, zamykając za sobą drzwi. Nawet nie czekał na jej odpowiedź, nie pożegnał się też z Gabrielem. Opuścił miejską rezydencję księcia bez słowa.
Hope stała chwilę w milczeniu, wpatrując się w drzwi i chciała coś powiedzieć, zagadnąć go jeszcze, bo okropnie brakowało jej ich słownych utarczek. Nicholas, który był przecież wiernym jej towarzyszem, odwiedzał ją dość często, nie mógł zastąpić jej tego, co czuła, kiedy rozmawiała z księciem. Nie mógł się z nim równać, choć był przystojny, miły i miał nienaganne maniery. Był prawdziwym dżentelmenem, który nigdy nie złamałby serca kobiecie, ale tylko się przyjaźnili, więc nie liczyła na nagły wybuch miłości. Liczyła jedynie na odrobinę spokoju i na coś, co pozwoli jej zaleczyć rany po Lucasie.
- Hope? - Zza pleców dobiegł ją głos Gabriela. Kiedy odwróciła się do niego, zobaczyła jego zatroskaną minę. Uśmiechnęła się do księcia i poprosiła go w końcu o kolejny pusty notatnik.
- Bardzo dużo piszesz – zauważył Reaburn.
- Tak, mam sporo myśli do przelania – odpowiedziała i wstała. Pożegnała się z księciem, życząc mu miłego dnia i schowała się w pokoju, gdzie spokojnie mogła zacząć kolejną stronę z pamiętnika.
Coraz częściej przebywała sama, rozkoszowała się chwilami, kiedy nie musiała rozmawiać z Faith, Charity lub Skaczącą Niedźwiedzicą i po prostu z lubością oddawała się pisaniu pamiętnika, czytaniu książki czy jeździe konnej w towarzystwie Biszkopta.
Zauważyła, że zrobiła się odludkiem, ale nie przeszkadzało jej to zbytnio. Cieszyła się z tych chwil i musiała się do nich przyzwyczaić, w końcu jej młodsza siostra wychodziła wkrótce za mąż. Od tej pory będzie miała znacznie więcej czasu dla siebie, w końcu Charity miała całe mnóstwo innych obowiązków, które zawsze zajmują jej większość dnia i zawsze dzieliła się z Faith czasem, który miały dla siebie. Nie będzie mogła już tak często rozmawiać z młodszą siostrą, tylko poprzez listy, ale w końcu zostanie żoną księcia Cainbridge, więc na jej głowę spadnie cała masa nowych obowiązków. A ona? Ona pozostanie tu, w tej rezydencji i powoli będzie dojrzewać do myśli, że po prostu zostanie starą panną.
Zawsze myślała, że wyjdzie za mąż, urodzi trójkę dzieci i oddając się w pełni domowym obowiązkom, spędzi całe życie w Great Cove jako szczęśliwa kobieta. Czy miała jakieś plany na swoją przyszłość? Nie. Nie szukała przygód na siłę, wiedziała, że to jedynie spowodowałoby kłopoty, a ona pragnęła spokoju i stabilizacji.
Jakoś myśli same zawędrowały do Lucasa. Umysł stworzył piękny obrazek. Dwóch chłopców siedziało przed kominkiem i razem z ojcem czytało powieść o dzielnych szpadach, natomiast ona cerowała kolejne koszule męża, popatrując jednym okiem na małą dziewczynkę śpiącą w łóżeczku. Widok rozczulił ją tak bardzo, że aż wcisnął z jej oczu łzy.
Naprawdę sądziła, że jest mądrzejsza, w końcu sama kiedyś powiedziała księciu, że nie chce mieć z nim nic wspólnego i przecież uznaje go za nieznajomego, w Hyde Parku również pokłóciła się z nim, a teraz pragnie, by został ojcem jej dzieci.
Odeszła do sekretarzyka i podeszła do okna i chociaż widok był piękny, Hope w ogóle nie zwracała uwagi na wybudzoną już z zimowego snu przyrodę; drzewa wpuściły już listowia, ciesząc oczy jasną zielenią, trawy wzrastały z każdym dniem, a kwiaty powoli wypuszczały pąki. To nie było tak ważne, skoro w jej głowie przesuwały się obrazy zdecydowanie piękniejsze, lecz także bolesne. Bolało ją to, że prawdopodobnie nigdy nie dostąpi szczęścia bycia matką, chociaż nikt jeszcze nie powiedział, że tak nie będzie.
Może rzeczywiście Nicholas zechce się jej oświadczyć? A może kiedyś pozna kogoś innego?
Było wiele możliwości, nie musiała przecież od razu wychodzić za mąż. W końcu jej życie jeszcze się nie kończyło. Lucas nie wchodził w grę. Zranił ją i nie powinna poświęcać mu nawet kilku sekund w myślach, nie zasłużył na to.
Ale widok jego łagodnych, brązowych oczu i przystojnej twarzy był trudny do zatarcia. Ten człowiek, mimo że w tej chwili nie zachowywał się jak ten książę, którego poznała, ale nadal był niebezpieczny. Miał teraz znacznie większą władzę nad jej sercem. Mógł powiedzieć słowo, a ona prawdopodobnie zgodziłaby się z nim, chociaż miała go nienawidzić i unikać.
Jak bardzo niestała musiała być w swych uczuciach?


***

Hrabia Westburn zacierał ręce, ponieważ jego plan powoli zbliżał się do końca, chociaż spodziewał się trudności, wiedział, że jednak będzie opłacało się czekać. Hope będzie jego.
Żonę już dawno wywiózł do odległego majątku gdzieś przy granicy ze Szkocją. Tam miała spędzić resztę swych marnych dni, a on skupi się na Hope Winward i pragnieniu, by ją posiąść.
Wiedział jednak, że będzie się opierała, więc przygotował dla niej opium, które miało zmiękczyć jej zachowanie, sprawić, by stała mu się uległa i posłuszna. Przygotował wszystko: starą rezydencję oddaloną od Londynu kilka godzin jazdy wierzchem. Niewiele osób będzie jej tam szukało, będzie robił wszystko, by zatrzeć za sobą ślady, a nim ją znajdą, wyrzuci ją gdzieś w pobliżu miasta. Nikt nie będzie podejrzewał, że to on porwał dziewczynę, nikt też nie znajdzie sprawcy.
Opłacił kilku oprychów do zadania. Wydawało mu się, że zapłacił im wystarczająco dużo, by wykonali zadanie po cichu i bez jakiegokolwiek szumu. Wiedział jednak, że jakieś błędy popełniał, ale miał nadzieję, że jednak nie okażą się tak duże.
Stary hrabia nie miał jednak dobrego zmysły stratega, ale wszystko zrzucał na karb szczęścia i jego nieomylności. Pragnienie, by posiąść dziwkę z Ameryki było silniejsze niż strach przed ludźmi, pod opieką których się znajdowała.
Musiał ją mieć, a żadne logiczne argumenty nie działały na niego w żaden sposób.
Sophie Lebetkovitz też przestała go interesować, zresztą zauważył, że zagięła parol już na jakiegoś innego hrabiego i kusiła go na każdym balu. Obiecała wykonać część swego planu i zrobiła to. Westburn wiedział, że uwolniła się od niego z ulgą, nie znosiła go, ale chęć zemsty na Lucasie była silniejsza. Teraz miała czekać na efekty jego działań i jak wierzył, miały zakończyć się one sukcesem.
Już niedługo Amerykanka miała być jego.

****

Przez kolejne dni Hope skupiła się głównie na Biszkopcie, któremu nie poświęcała tak dużo czasu jak tego pragnęła, więc pies miał teraz możliwość biegania po lasach i łąkach. Hope jechała na Bezie, a pies biegał razem z nią. Były to kilkugodzinne spacery, po których padał zmęczony, ale szczęśliwy. Nie szczędziła mu także pieszczot.
Nicholas, który odwiedzał ją niemal codziennie, również brał w tym udział; było wesoło, bo mężczyzna sypał żartami jak z rękawa, odganiał jej czarne myśli. Bezbłędnie potrafił odgadnąć, że nabawiła się złego humoru i solennie obiecał, że pozbędzie się gow ciągu godziny. Udało mu się. Była za to wdzięczna.
Mimo to, Lucas nie odszedł w zapomnienie. Nie pozbyła się z myśli człowieka, który od samego początku utkwił w jej życiu i chociaż jego obecność przypominała kolec w palcu, bardzo chciała go raz jeszcze zobaczyć. Pragnęła nawet, by ten człowiek pojawiał się w domu Gabriela częściej.
Ale przecież powiedziała mu wtedy na tym balu, że jest dla niej obcym człowiekiem, a teraz wypatruje go, tęskni za nim i nawet rozmawia... Chyba naprawdę brakuje jej tego człowieka, mimo że między nimi nie zawsze się układało.
Spodziewała się, że po ślubie Faith jej dni będą wyglądały tak samo. Kiedy siostra ich opuści, ona nie będzie miała już wiele rozrywek, prócz spacerów czy jazdy konnej. Zostały jeszcze książki i pamiętnik, ale to przecież tak mało zajęć, gdy siostra będzie przebywała w innym domu.
Musiała znaleźć sobie zajęcie, które zajmie jej cały dzień, żeby nie miała czasu myśleć o Lucasie.
Ale to nie było łatwe. W końcu czuła do niego coś, co przyprawiało ją o cierpienie. Zakochała się w nim.
Na szczęście była sama w zielonym salonie, więc nikt nie słyszał jej jęku. Zagryzła wargę i zacisnęła mocno powieki. Musiała się opanować, żeby więcej nie popełniać podobnych błędów. Na pewno zwróciłaby na siebie uwagę, gdyby w salonie przebywał ktoś jeszcze.
Jakie życie potrafi być skomplikowane, pomyślała zniechęcona.
Może powinna wrócić do Ameryki? Może tam znajdzie ukojenie? Praca w hotelu Skaczącej Niedźwiedzicy nie będzie trudna, przecież już tam dorabiała, więc wiedziała, że ciepła posada zawsze się znajdzie. Szkoda tylko, że tak okrutnie będzie tęskniła za młodszą siostrą i resztą tego towarzystwa, z którym zdążyła się zżyć.
Na razie jednak nie zamierzała o tym myśleć, to była jeszcze dość odległa przyszłość,na razie musiała skupić się na dniu dzisiejszym.
Zerknęła na książkę i westchnęła znudzona. Faith pojechała na obiad do przyszłych teściów, a Hope nie chciała w tym uczestniczyć. Mimo wszystko siostra miała już własne życie i nie będzie mogła brać udziału w każdym jego aspekcie jak było to do tej pory.


***

Dwa dni przed ślubem Faith okazało się, że sukienka panny młodej jest nieco krzywo zszyta, co oczywiście wywołało święte oburzenie i krótki krzyk paniki. Nikt nie chciał tak przykrych niespodzianek, ale okazało się, że mimo wielu tygodni nerwów, nieprzespanych nocy i chwilowych napadów paniki, coś musiało pójść nie tak. Oczywiście krawcowa, która zajmowała się suknią została porządną reprymendę. Skacząca Niedźwiedzica i Hope starały załagodzić sytuację słowami otuchy.
Hope współczuła biednej kobiecie, toteż z niezwykłym spokojem zaproponowała poprawę stroju. Obiecała, że osobiście dopilnuje szycia, więc Charity uspokoiła się na tyle, by uśmiechnąć się szeroko. Faith w tym czasie przymierzała klejnoty, które otrzymała od księcia Sussex'a, księżna trzymała ją z daleka od tego rozgardiaszu w obawie, że dziewczyna się rozchoruje. Oczywiście nic jej nie groziło, mimo że również zbyt panikowała, ale starsza panna Winward wiedziała, iż nic jej nie będzie. Trochę nerwów nikomu nie zaszkodziło, a Faith była odporna na wszelkie choroby wywołane stresem.
Hope wzięła zapłakaną krawcową do zielonego salonu, gdzie ugościła ją ciastkiem i herbatą, a sama poszła do pokoju, w którym znajdowała się suknia. Charity siedziała w fotelu pod oknem i załamywała ręce biadoląc nad takim okropnym wydarzeniem. Skacząca Niedźwiedzica pocieszała ją cicho, ale widać było, że kobieta w ogóle nie zwraca uwagi na otoczenie. Była załamana.
Kiedy Hope zerknęła na Indiankę, ta posłała jej znaczący uśmiech i pokręciła głową, jakby chciała dać jej znak, że nic nie jest w stanie ją uspokoić.
- Myślę, że na miejsce tego szwu można doszyć jakiś kwiat lub kokardę, która to zakryje, co? - zagadnęła ją, ale księżna w ogóle nie zwracała na to uwagi. Hope westchnęła sfrustrowana i podeszła do księżnej, łapiąc ją za ramię. Ta podskoczyła przestraszona i spojrzała na dziewczynę przepraszająco.
- Mówiłaś coś? - zapytała, czując skruchę. Hope kiwnęła głową i wskazała na suknię.
- Mówię, że na miejsce złego szwu można doszyć kwiatka lub kokardę. Myślę, że będzie to ładnie wyglądało, a tam, gdzie wystają guziki naszyje się skrawek białej koronki.
- To... Doskonale! - Księżna klasnęła w dłonie i pędem pobiegła zadzwonić po służącą. Kiedy kobieta zjawiła się w pokoju, została poproszona o przyprowadzenie krawcowej.
Hope poradziłaby sobie z tym doskonale, ale nie chciała już narzucać swojej pomocy. Skacząca Niedźwiedzica oświadczyła, że zajrzy do Faith i porozmawia z nią o tym małym wypadku. Była dobrą duszą, prawie niezauważalną, ale zawsze miała dobre słowo dla każdego. Polubiła Reabournów, więc często wspierała ich dobrym słowem.
Księżna przekazała krawcowej pomysł, a ta z ochotą zgodziła się na wykonanie poprawki. Ustaliły, że kokardy, które zrobią z materiału będą pasowały do całość.
Poprawki zajęły naprawdę niewiele czasu, toteż przed obiadem krawcowa opuściła rezydencję z sowitą zapłatą. Hope wiedziała jednak, że te pieniądze miały udobruchać kobietę. Charity męczyły wyrzuty sumienia za to jak naskoczyła na nią, więc tak wysokie wynagrodzenie zadowoliło także nie tylko jedną stronę.
Wieczorem, gdy atak paniki został zażegnany, Faith zjawiła się w sypialni Hope i położyła się obok niej. Obie były już gotowe do spoczynku, ale jakoś nie miały ochoty kłaść się spać. Musiały przecież spędzać ze sobą ostatnie chwile, nim rozstaną się na zawsze. Starsza z sióstr poczuła łzy pod powiekami, gdy zdała sobie sprawę, że leżą w ten sposób oraz ostatni. Jak to się stało,że ich życie potoczyło się w ten sposób?
Kiedy przypłynęły do Anglii, spodziewały się kilkutygodniowej wizyty, podczas której miały dowiedzieć się coś o rodzicach. Owszem, dowiedziały się, ale co z tego, skoro niedługo minie rok od ich przybycia, a los spłatał im figla. Faith wychodziła za mąż za angielskiego arystokratę, natomiast Hope kochała człowieka, którego kochać nie powinna.
Kiedy Caine powiedział ci, że jest w tobie zakochany? – zapytała Hope, czując rosnącą w sercu pustkę. Lucas nigdy by nie powiedział, że ją kocha... Ale czy on był zdolny do miłości?
Tego dnia, kiedy wracaliśmy z domku. To było coś niesamowitego. Patrzyłam na niego, a on powiedział mi, że zakochał się we mnie od pierwszego wejrzenia. Śnił o mnie co noc, błagał Boga w modlitwach, by mógł mnie choć raz pocałować, ale jednocześnie nie chciał mieć ze mną nic wspólnego. Uważa się za szkaradnego mężczyznę, nie godnego, by dotykać jakąkolwiek kobietę, zwłaszcza mnie. Ale, rany, w ogóle nie żałuję, że tamtego dnia...
Hope słuchała tego z rosnącą zazdrością, ale także radością. Ukrywała to, że też chciała tak promieniować szczęściem jak Faith, że zwyczajnie po ludzku zazdrościła jej tego szczęścia. Ale wiedziała też, że to jest bez sensu. Jej siostra przecież zasłużyła na to i nie miała prawa psuć tego własnymi niepowodzeniami, dlatego zarzuciła młodszą siostrę pytaniami o ich relacje, chociaż przecież pytała ją o to sto razy, a ona za każdym razem odpowiadała tak samo roześmiana i szczęśliwa.
To był najpiękniejszy widok na świecie!

***

Jedyną przeszkodą na drodze do szczęścia młodszej panny Winward mogła zostać pogoda, która akurat tego przypomniała jej, że przecież nad pogodą nie można zapanować, więc tak naprawdę nie wszystko może się udać.
Zrozpaczona Faith stała w oknie i patrzyła na strugi deszczu spływające po szybie. Nie wiedziała czy krzyczeć z rozpaczy, czy może raczej płakać i dopasować się ponurym nastrojem do pogody. Hope robiła wszystko, aby ją pocieszyć, w końcu ona też czuła złość na samą myśl o okropnej ulewie jaka właśnie prezentowała się przed nimi.
Charity dostała prawie załamania nerwowego, ale tylko prawie, bo kiedy już miała zacząć wylewać rzewne łzy, kamerdyner zapukał do drzwi i oznajmił przybycie gościa.
Faith zerknęła na straszą siostrę i niepewnie przygryzła wargę. Po jej spojrzeniu Hope wywnioskowała, że coś się święci, a kiedy i Charity spojrzała na nią w dość dziwny sposób, to jasne było, że coś wykombinowały. Jedynie Skacząca Niedźwiedzica nie zachowywała się jakby coś ukrywała. Z namysłem patrzyła na Faith, a potem podobne spojrzenie przeniosła na starszą siostrę, która wyglądała jakby próbowała ułożyć w głowie trudną zagadkę, jednak brakowało jej ostatniej układanki.
Co to za gościa mamy? – zapytała Hope drżącym głosem. Obawiała się odpowiedzi, ale musiała ją poznać.
Nie złość się, ale pomyśleliśmy, że mimo tego, co Lucas...
Nie! – krzyknęła Hope, przerywając tym samym wypowiedź Charity. W innej sytuacji ktoś uznałby to za dość niegrzeczne zachowanie, ale w tym wypadku nikt nie zwrócił na to uwagi. – Zaprosiliście go na ślub Faith? Dlaczego?
Bo jest moim bratankiem. Ton oczekuje tego wydarzenia właśnie, dlatego, by zobaczyć czy Lucas będzie na tym ślubie. Gdybym go nie zaprosiła, to oznaczałoby, że nie chce mieć z nim nic wspólnego, a to z kolei mogłoby popsuć jego interesy. Nie chcę, by z mojej winy zbankrutował.
Oczywiście była to dość mocno naciągana prawda i wszyscy o tym wiedzieli, ale Hope w końcu skapitulowała. Mogła być zła za to, że on tu przyszedł, ale z drugiej strony Charity miała rację. Jednak należał on do jej rodziny, był ważnym członkiem, więc kim była, aby zabraniać zapraszania księcia na ślub?
Hope? Mogłabyś go ugościć? Musimy przygotować Faith – poprosiła ją Charity. Skacząca Niedźwiedzica spojrzała na nią z troską, ale dziewczyna wyprostowała się dumnie i nie zważając na dziwne spojrzenia, wyszła z pokoju.
Jasne, da radę go powitać jak normalnego człowieka, powtarzała sobie w myślach, ale wiedziała, że jej ciało już reagowało inaczej, że drżało i niecierpliwiło się. Poczuła sensacje w brzuchu. Bała się tego spotkania, ale jednocześnie nie mogła doczekać się, aż go zobaczy.
Statecznym krokiem weszła do zielonego salonu, bo tam został wprowadzony książę. Hope starała się zakopać w sercu uczucia, które w niej wzbudzał ten mężczyzna. Nie mogła pozwolić mu dojrzeć, że jest w nim zakochana, że tak naprawdę pragnęła mu wybaczyć to, co zrobił i chciała wyjaśnić wszystko: tu i teraz. Ale nie był to odpowiedni czas. Może kiedyś, kiedy przestanie reagować na niego w ten sposób.
Dzień dobry, Hope – przywitał się głębokim, gardłowym głosem, od którego przeszły ją dreszcze w wzdłuż kręgosłupa. Miała tylko nadzieję, że on nic nie dostrzegł, ale nie wyglądał, jakby zdawał sobie sprawę z tego, jak na niego reagowała.

Dzień dobry, Wasza Książęca Mość – odpowiedziała lekkim skinieniem głowy jak dumna królowa, która wita swego niesubordynowanego podwładnego.
Layout by Elle.

Google Chrome, 1366x768. Breatherain, KrypteriaHG, Natt Liv, Lotus.